czwartek, 30 kwietnia 2015

Zieleniaki.

I  było jak przewidziałem. Zakupy nie ograniczyły się do folii. W sklepie ogrodniczym do którego zawsze jeżdże na zakupy, nie było tego rozmiaru folii. Przeszedłem tylko między rzędami roślin. Powtarzając sobie w myślach – nic nie potrzebujesz, nic nie potrzebujesz. Sobie jakoś wmówiłem, że nic nie potrzebuję. Ale mała zobaczyła karmnik dla sikorek w kształcie domku. Nawet nie musiała mnie długo przekonywać. Zrobiła takie maślane oczy, że wymiękłem bez słowa. Po zakupie, poinformowałem tylko małą, że zabawki już nie wchodzą w grę. Dziecie tylko wydobyło z siebie yychy, nawet nie otwierając ust. I znów te maślane oczy. Jak dorośnie faceci, będą bez szans. Ja już jestem JJ. Dosłownie chwilkę później, a dokładnie kilkanaście metrów dalej. Zobaczyła na wystawie lalkę. Wcześniejsze ustalenia, że dziś już kupno zabawek nie wchodzi w grę, diabli wzięli. Znów maślane oczy itd. Ktoś powie, że brak mi konsekwencji, no ale co tam. Jestem tylko wujkiem. Po lalkowych zakupach w końcu trafiliśmy do drugiego sklepu ogrodniczego. W zasadzie to szkółka w której poza roślinami jest wszystko, co potrzebne do pielęgnacji i urządzania ogrodu. Tu już nie dałem rady tłumaczyć sobie, że nic nie potrzebuję. Teraz to ja miałęm maślane oczy. Skończyło się na trzech różanecznikach, dwóch magnoliach, dwóch azaliach, ketmi, purpurowej pęcherzycy i drobnicy jak runianka, czy parzydło leśne. Mała ma cztery lata, ale dziś to ja byłem dzieckiem. Zamieniłem tylko zabawki na zieleniaki . 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz