Długi majowy weekend za nami. Rozpoczęło się wielkie grillowanie,
Polaków sport narodowy. Kiełbaski, karkówka, kaszanka u niektórych szaszłyki owocowo
warzywne, że niby zdrowo. Ale jak się imprezka rozkręci, to tylko mięcho JJ. Nawet dzieciaki, mając
do wyboru kolorowe szaszłyki, wybierają te bardziej treściwe JJ. Na hasło, chodźcie na
małe co nie co rzucają zabawki i biegną co
sił w nogach. W piątek byłem zaproszony do siostry i szwagra, właśnie na
grilla. Pogoda jednak zrobiła się nieciekawa. Trzeba było przełożyć „ wielkie
żarcie”. Przełożyliśmy je na sobotę i do
mnie. Od rana, ze szwagrem, założyliśmy
folię na tunel. A potem to już tylko jedzenie, jedzenie, jedzenie i małe, co
nie co, na trawienie J.
Niedziela miała być klasycznym świętem nygusa. Żadnego grillowania, żadnych
wytrawnych płynów na trawienie. Na obiad rosołek {cieniutki , nie jak u mamusi J ]. Wątroba miała
odpoczywać, żadnego dymu, żadnego grillowania, wszystko light. Niestety około siedemnastej „ źli sąsiedzi ” he he,
rozpalili swoje grille. Zapach który spowił okolicę, sprawił, że pomknęliśmy,
jak zahipnotyzowani do ogrodowego grilla. I znów wszystko od nowa. Tylko dzieciaki
były trochę niezadowolone. Wcześniej rozpoczęliśmy grać z nimi w grę
strategiczną, ale przy grillu jedyną strategią stał się pełen bandzioch.:). Dziś
spotkaliśmy się po pracy, i znów klasyka, czyli każdego narzekanie : moja
wątroba, jaki|jaka jestem ociężała, nigdy więcej J.
Nigdy więcej, aż do następnego razu J.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz