poniedziałek, 4 maja 2015

Majówka.

Długi majowy weekend za nami. Rozpoczęło się wielkie grillowanie, Polaków sport narodowy. Kiełbaski, karkówka, kaszanka u niektórych szaszłyki owocowo warzywne, że niby zdrowo. Ale jak się imprezka rozkręci, to tylko mięcho JJ. Nawet dzieciaki, mając do wyboru kolorowe szaszłyki, wybierają te bardziej treściwe JJ. Na hasło, chodźcie na małe co nie co rzucają zabawki i biegną co  sił w nogach. W piątek byłem zaproszony do siostry i szwagra, właśnie na grilla. Pogoda jednak zrobiła się nieciekawa. Trzeba było przełożyć „ wielkie żarcie”. Przełożyliśmy je na sobotę i  do  mnie. Od rana, ze szwagrem, założyliśmy folię na tunel. A potem to już tylko jedzenie, jedzenie, jedzenie i małe, co nie co, na trawienie J. Niedziela miała być klasycznym świętem nygusa. Żadnego grillowania, żadnych wytrawnych płynów na trawienie. Na obiad rosołek {cieniutki , nie jak u mamusi J ]. Wątroba miała odpoczywać, żadnego dymu, żadnego grillowania, wszystko light. Niestety  około siedemnastej „ źli sąsiedzi ” he he, rozpalili swoje grille. Zapach który spowił okolicę, sprawił, że pomknęliśmy, jak zahipnotyzowani do ogrodowego grilla. I znów wszystko od nowa. Tylko dzieciaki były trochę niezadowolone. Wcześniej rozpoczęliśmy grać z nimi w grę strategiczną, ale przy grillu   jedyną strategią stał się pełen bandzioch.:). Dziś spotkaliśmy się po pracy, i znów klasyka, czyli każdego narzekanie : moja wątroba, jaki|jaka jestem ociężała, nigdy więcej J. Nigdy więcej, aż do następnego razu J

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz