Pierwszy dzień wiosny już za nami. Na szczęście nie padał
śnieg, jak straszyły prognozy pogody. Wybrałem się ze znajomymi i ich dziećmi,
na długi wiosenny spacer brzegiem Wisły. Ale to nie był dobry pomysł. Był duży, chłodny wiatr, a nad
Wisłą, był jeszcze większy. Szybko stwierdziliśmy, że trzeba zmienić otoczenie.
Padło na las, a dokładnie na stadninę w pobliskim lesie. Prowadzoną przez naszą
wspólną znajomą. Pół godzinki spaceru leśnym duktem, gdzie wiatr nam nie
doskwierał. Szumiał tylko w koronach drzew. I byliśmy na miejscu. Stadnina położona jest na
pięknej polanie. Odizolowana od cywilizacji sosnowym lasem. Jakieś sto pięćdziesiąt
metrów za budynkami, płynie miejscowa rzeczka. Taka bajka, tuż obok blokowiska.
W stadninie ognisko na powitanie wiosny. Lepiej nie mogliśmy trafić. Dostaliśmy
po kijku, kiełbasce i się zaczęłoJ.
Piwko i kiełbaska dla jednych, i szarlotka z gorącą czekoladą dla drugich. Ale ci
drudzy, to znaczy dzieciaki. Gdy zobaczyły kucyki, zapomniały o wszystkim
innym. Namiot w którym miały swoje przysmaki i gry planszowe. Stał pusty przez
ponad dwie godziny. Biedne kuce, trochę przeżyły i trochę się nasłuchały pisków
i wrzasków. A gdy znajoma pokazała pijanego Indianina. To i my mieliśmy niezły
ubaw. A dzieciaki już inaczej nie chciały jeździć, jak właśnie jak pijany Indianin
tj.przewieszeni przez pół, z głową i rękoma zwisającymi bezwładnie, z jednej strony
konia, i nogami z drugiej. Koniki były bardzo łagodne, bo przygotowane są do pracy
w hipoterapii. Dlatego znosiły ze spokojem wszystkie zachcianki małolatów. Na koniec
dzieciaki, były tak wykończone, że na chasło – idziemy do domu. Rozległo się,
nieee, noogiii nas bolą. Nie było wyjścia, trzeba było wziąć taksówkę. Tak naprawdę,
nam też nie bardzo chciało się maszerować J.
Po powrocie znajomi zadzwonili z informacją, że młodzież padła od razu po kontakcie
z łóżkiem. Nie sprzątając nawet zabawek, pozostawionych przed wyjściem. Miał być
tylko spacer, awyszła całkiem niezła imprezka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz