wtorek, 10 marca 2015
I dzień w plecy.
Masakra, tylko tak można to nazwać. Od kilku dni jeżdżę po lekarzach i wszędzie takie same kolejki. W piątek zmarnowałem cały dzień, dziś tylko trochę mniej. Wszędzie tłumy ludzi, od matek z małymi dziećmi ściskającymi w rączkach ulubione zabawki. Po staruszki podpierające się kulami. Niemające miejsca, by usiąść. A do odstania, co najmniej dwie godziny. Oczywiście, o ile lekarz nagle nie będzie musiał wyjść. Pół biedy gdy jesto przychodnia w miejscu zamieszkania. Czasem jednak trzeba dojechać kilkadziesiąt kilometrów, będąc skazanym na komunikacje publiczną. A w tedy następne godziny wycięte z życiorysu. Ostatnio straciłem tak dwanaście godzin, by zostać obdarowanym siedmioma minutami Pana doktora. Normalnie bomba, nie masz co robić?, idź do lekarza na NFZ. Po powrocie do domu, czułem się styrany jak koń po Westernie. Jedyne na co miałem siłę, a raczej musiałem zrobić. To sprzątnięcie z łóżka, gry planszowej pozostawionej przez moją siostrzenicę. Wokół słyszy się, że trzeba mieć końskie zdrowie, aby chorować – niestety to prawda.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz