niedziela, 17 stycznia 2016

Sanki.

Na rozpoczęcie ferii zimowych, wybraliśmy się z całą ferajną, to jest: wnuczki i prawnuczki. Które  przyjechały spędzić je u babci, na sanki. Wcześniejsza próba pojeżdżenia na sankach, skończyła się niepowodzeniem. Wczoraj jednak aura dopisała. Spadło kilkanaście centymetrów śniegu. Razem ze znajomymi, postanowiliśmy zabrać dzieciaki na długi spacer nad Wisłę.  W pobliżu nie ma naturalnych górek z których można byłoby zjeżdżać na sankach. Nad Wisłą zaś, można zjeżdżać ze skarpy. W miejscu, gdzie była kiedyś żwirownia. Miejsce, mimo że nad Wisłą, jest bezpieczne. Nie jest zalewane przez wodę. Nie ma, więc zagrożenia, że rozpędzone sanki wpadną do wody. Tor saneczkowy stanowi nieuczęszczana droga, którą gdy żwirownia była jeszcze czynna. Ciężarówki zjeżdża ły w dół po żwir. Od kilku lat jest jednak zamknięta. Droga każdej zimy, o ile spadnie śnieg. Zamienia się w tor saneczkowy. Nie jest stromy, więc nawet młodsze dzieci mogą zjeżdżać bez obaw. Gdy tam dotarliśmy, był już spory ruch na trorze.  Dziecią  jednak, w ogóle to nie przeszkadzało. O ile podczas drogi, narzekały, że bolą je nogi. Pytały co chwilę- daleko jeszcze. Jak osioł ze Shreka. To po przybyciu na miejsce, ożywiły się do tego stopnia, że ledwo mogliśmy za nimi nadążyć.  Gdy bąble szalały na sankach. My lekko marzneliśmy. Stwierdziliśmy, że musimy powtórzyć wyprawę na tor saneczkowy. Jednak następnym razem, przygotujemy ognisko. Gdy bąble będą zjeżdżać, my przygotujemy coś do wypełnienia brzuszków. Ogrzewając się przy okazji. Po powrocie do domu bąble były tak zmęczone, że padły zaraz po zetknięciu się z łóżkami. Po drodze planowały jeszcze,że zagrają w - Memos - Kraina Lodu, albo w 5 sekund junior.  Na miejscu jednak, nawet nie wspomniały o tym. Jedynie do kolacji nie trzeba było ich zachęcać.  Długi spacer i wyścigi – kto pierwszy podbiegnie z powrotem pod górę, by znów zjechać. Sprawiły, że największy niejadek, już od drzwi wołał-jeeść !!!.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz