Na rozpoczęcie
ferii zimowych, wybraliśmy się z całą ferajną, to jest: wnuczki i prawnuczki. Które
przyjechały spędzić je u babci, na
sanki. Wcześniejsza próba pojeżdżenia na sankach, skończyła się niepowodzeniem.
Wczoraj jednak aura dopisała. Spadło kilkanaście centymetrów śniegu. Razem ze znajomymi,
postanowiliśmy zabrać dzieciaki na długi spacer nad Wisłę. W pobliżu nie ma naturalnych górek z których
można byłoby zjeżdżać na sankach. Nad Wisłą zaś, można zjeżdżać ze skarpy. W miejscu,
gdzie była kiedyś żwirownia. Miejsce, mimo że nad Wisłą, jest bezpieczne. Nie jest
zalewane przez wodę. Nie ma, więc zagrożenia, że rozpędzone sanki wpadną do
wody. Tor saneczkowy stanowi nieuczęszczana droga, którą gdy żwirownia była
jeszcze czynna. Ciężarówki zjeżdża ły w dół po żwir. Od kilku lat jest jednak
zamknięta. Droga każdej zimy, o ile spadnie śnieg. Zamienia się w tor
saneczkowy. Nie jest stromy, więc nawet młodsze dzieci mogą zjeżdżać bez obaw. Gdy
tam dotarliśmy, był już spory ruch na trorze. Dziecią jednak, w ogóle to nie przeszkadzało. O ile podczas
drogi, narzekały, że bolą je nogi. Pytały co chwilę- daleko jeszcze. Jak osioł
ze Shreka. To po przybyciu na miejsce, ożywiły się do tego stopnia, że ledwo
mogliśmy za nimi nadążyć. Gdy bąble
szalały na sankach. My lekko marzneliśmy. Stwierdziliśmy, że musimy powtórzyć
wyprawę na tor saneczkowy. Jednak następnym razem, przygotujemy ognisko. Gdy bąble
będą zjeżdżać, my przygotujemy coś do wypełnienia brzuszków. Ogrzewając się
przy okazji. Po powrocie do domu bąble były tak zmęczone, że padły zaraz po zetknięciu
się z łóżkami. Po drodze planowały jeszcze,że zagrają w - Memos -
Kraina Lodu, albo w 5 sekund junior. Na miejscu
jednak, nawet nie wspomniały o tym. Jedynie do kolacji nie trzeba było ich
zachęcać. Długi spacer i wyścigi – kto
pierwszy podbiegnie z powrotem pod górę, by znów zjechać. Sprawiły, że największy
niejadek, już od drzwi wołał-jeeść !!!.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz