Akwarium jednak było i to olbrzymie. Po wylądowaniu na
Dworcu Centralnym, przesiedliśmy się na komunikację miejską. Pół godziny jazdy
i byliśmy w Zoo. Julka wreszcie mogła usłyszeć ryk prawdziwego lwa. Mimo, że
widziała już lwy w Płocku. To jednak tamte, w dniu naszych odwiedzin, były
bardzo leniwe. Nie wychodziły z cienia. Nie wydawały żadnych odgłosów. W
pprzeciwieństwie do nich. Lwy z warszawskiego zoo, ryczały jak na zawołanie. No
i słonie. Afrykańskie słonie. Jakby ożyły puzzle – „Afrykańskie słonie”. To
sprawiło, że na twarzy Julki, zagościł uśmiech. Zagościł na cały weekend. Gdy
lwy i słonie mogliśmy odhaczyć. Ruszyliśmy do budynku w którym znajdowało się
ogromne 11 metrowe akwarium, imitujące Amazonkę. Widok robi wrażenie. Setki
małych i większych rybek, znanych z domowych akwarii. Walczące z prądem wśród
niesamowitej roślinności. To zrobiło
wrażenie nawet na mnie. W budynku, gdzie znajdowały się akwaria, spędziliśmy resztę
czasu przeznaczonego na zwiedzanie zoo. Późnym popołudniem zawitaliśmy u cioci
na nocleg. Całą niedzielę dzieciaki przy
kalejdoskopie 50 gier. Opowiadały cioci, co zrobiło na nich największe wrażenie.
Do domu wróciliśmy około 22-iej. Kąpiel i
chwilę później już spały jak zabite.BB
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz